Podróże

Może nad morze?

Kolejny przystanek na mapie moich ukochanych miejsc… czyli Trójmiasto. Odwiedziłam go po raz piąty. Do tej pory zawsze wybierałam się w środku lata, natomiast tym razem chciałam zobaczyć jego październikowy klimat.

Zdecydowanie mniej turystów – a co za tym idzie… większy spokój i bezpłatne wejście na molo w Sopocie 😊  Pomimo pogody jak na sinusoidzie (od słońca, po lekki deszcz i wiatr) było naprawdę przyjemnie. Starałam się rozplanować każdy dzień, uwzględniając prognozę, która o dziwo sprawdzała się jak nigdy.

Pierwszy dzień należał do Gdańska. Spacerowałam po starówce, rozpoczynając od ulicy Długiej. W oddali słyszałam „Stand by me” w przepięknej aranżacji ulicznych muzyków. Przede mną szły dwie starsze panie w uroczych kaszkietach, trzymając się pod rękę. Wyglądały, jakby wspominały stare dobre czasy… Kiedy poczułam chłód, wstąpiłam do bardzo przyjemniej kawiarni – ‘Cafe Oficyna’ na dyniowe latte i chwilę z książką. Następnie idąc wzdłuż Motławy, dotarłam do miejsca, gdzie znajdował się specyficzny szklany budynek o pochylonej konstrukcji. Było to niedawno powstałe Muzeum II Wojny Światowej. Nie znam słów opisujących, co tam zobaczyłam. Cały ogrom historii naszej Ojczyzny, przedstawiony w dokładny, dokumentny sposób. Jakbym przeniosła się w czasie… Myślę, że każdy powinien to zobaczyć… doświadczyć na chwilę, co przeżywało tysiące ludzkich istnień w czasie wojny. Mam nadzieję, że zdjęcia choć w minimalny sposób oddadzą charakter tego miejsca. Warto dodać, że we wtorki wstęp do Muzeum jest bezpłatny.

Kolejnego dnia wybrałam się do Sopotu. Podążając najsłynniejszym deptakiem, czyli tzw. Monciakiem, w głowie pojawiły się różnorodne wspomnienia. Nie mogłam przejść obojętnie obok Pijalni Czekolady Wedel. Naleśniki z bananem, czekoladą i sosem truskawkowym stały się dla mnie „tradycją Sopocką” 😋. Są przepyszne! Kiedy zaczął kropić deszcz, wstąpiłam do pobliskiego Muzeum Figur Woskowych. Nie powiem – ciekawe, chociaż wydaje mi się, że kwota standardowa za bilet (20zł). to trochę za dużo. Można zrobić sobie zdjęcie z Einsteinem, Lady Gagą czy Kubą Wojewódzkim. Ot cała atrakcja. Najprzyjemniejszy był dla mnie powrót… spacerem wzdłuż plaży – od Sopockiego mola, do Gdańska to zaledwie 40 minut drogi.

W trzecim dniu postanowiłam zwiedzić Malbork i słynny Zamek Krzyżacki. Nie spodziewałam się, że będzie tak ogromny. Cena biletu wstępu wraz z przewodnikiem oprowadzającym (przez 3 godziny) to ok. 30zł normalny i 20zł ulgowy. Jak dla mnie – warto. Chociaż następnym razem wybrałabym słuchawki, zamiast przewodnika.

Ostatni dzień poświęciłam Gdyni. Wybrałam się tam głównie ze względu na słynne Oceanarium. Poza rafą koralową, niestety nie powaliło na nogi. Spodziewałam się czegoś więcej… Natomiast całkiem interesujący okazał się rejs statkiem „Dragon”, gdzie podczas słuchania historii Gdyni można było oglądać Port, zajadając pyszną morską rybkę! Końcowym punktem mojej mikro podróży był cudowny Park Oliwski. Jest naprawdę bardzo duży i przepiękny! Na terenie parku znajduje się również znana Katedra Oliwska, która posiada jedne z najbardziej rozbudowanych w Polsce organów. W związku z tym, w sezonie letnim organizowane są kilka razy w ciągu dnia pokazowe koncerty. Niestety od października można usłyszeć je tylko trzy razy i akurat nie wstrzeliłam się w odpowiednią porę… będzie za to motywacja do odwiedzenia tego miejsca kolejny raz 🙂

Wybierając się do Trójmiasta, warto korzystać z szybkich połączeń między Gdańskiem, Sopotem i Gdynią- SKM. Kupując kilka biletów u konduktora, bardziej opłaca się wziąć je na jeden rachunek, ponieważ jest doliczana tzw. opłata początkowa. Od niedawna działa tam również TaxiFy i dla nowych użytkowników dostępne jest 10 pierwszych przejazdów -50%. Z całego serca mogę polecić jesienne polskie morze! Jego intensywny zapach, szum wzmożonych fal… ma w sobie nieodparty urok, z resztą zobaczcie sami…

Reklamy
Podróże

Podróże małe i duże

Słoneczny niedzielny poranek obudził mnie ciepłymi promieniami, przebijającymi się przez okna mojego pokoju. Przeciągając się, wstałam z łóżka rozpoczynając nowy dzień. Otworzyłam balkon, łapiąc głęboki oddech świeżego powietrza. Uśmiechnęłam się na myśl, że mam w końcu całkowicie wolny dzień – dla siebie. Pomyślałam, co mogłabym dziś zrobić dobrego… dla swojego ducha i ciała. Pojawił się pomysł, który już chodził za mną od dłuższego czasu. Pamiętam, jak jeszcze w podstawówce byłam w Ojcowskim Parku Narodowym. Obraz wielobarwnych drzew pośród strzelistych skał, utkwił mi w głowie. Chciałam tam wrócić.. aby czerpać radość z widoku złotej jesieni. Wpisując adres w Google Maps okazało się, że to miejsce jest bardzo blisko lokalizacji, w której mieszkam.

Przyjaciel, z którym planowałam ten dzień rozchorował się, inni też mieli już plany, więc pomyślałam… to właśnie będzie czas dla mnie! Nie zastanawiając się, wzięłam aparat, kluczyki do auta i wsiadłam do samochodu, ruszając przed siebie. W samochodzie towarzyszyły mi ulubione dźwięki i nim się obejrzałam, byłam na miejscu.

Ojcowski Park Narodowy przywitał mnie delikatnym powiewem wiatru i uśmiechem starszej pani, która stała tuż obok znaku wprowadzającego na teren Parku. Przede mną godzina drogi… szłam powolnym krokiem rozkoszując się zapachem lasu, śpiewem ptaków i liśćmi spadającymi z drzew. Starałam się dostrzec każdy szczegół – każdy mały cud! Koło mnie przechodziło sporo rodzin z dziećmi, kilka par, jak również samotnych wędrowców😊 Niektórzy, (tak jak ja) zatrzymywali się, aby zrobić zdjęcie. Minęła godzina, a ja znajdowałam się w miejscu kulminacyjnym. To właśnie tam byłam 13 lat temu! Przede mną niesamowicie wysokie skały, a nad nimi różnorodne drzewa. Dopiero niektóre zmieniały swój kolor, ale już niebawem będzie tam jesienna tęcza drzew! Za mną znajdowała się Brama Krakowska, która wprowadzała turystów w nową ścieżkę. Stojąc w niej, można było zobaczyć z szerszej perspektywy cały wytwór natury, jaki zafundowała temu miejscu. Usiadłam na ławce i zwyczajnie cieszyłam się chwilą. W oddali dostrzegłam uroczy drewniany domek, przy którym siedziała starsza kobieta, na starym drewnianym krześle. Przed sobą miała stolik, gdzie rozłożone były do sprzedania jej naturalne przetwory; soki i dżemy. Uśmiechała się skromnie i wyglądała uroczo! Przed powrotem napiłam się gorącej, pysznej kawy, otuliłam ciepłym szalikiem i już w towarzystwie nieco chłodniejszego powietrza, wróciłam do miejsca, gdzie czekał na mnie mój samochód.

To była niezwykle prosta, a jednak inspirująca mała podróż 😊 Czasem dobrze jest wyjść gdzieś w samotności. Dać sobie przestrzeń do poukładania myśli, zwrócenia uwagi na te wszystkie małe cuda, które są wokół nas, a których często nie dostrzegamy będąc w towarzystwie.

➡️ Zdjęcia

Podróże

Zbawienna moc podróżowania

Pamiętam, że już od dziecka marzyłam o tym, aby odkrywać świat. Myślałam wtedy, jak wiele jest cudownych miejsc do zobaczenia, doświadczenia nowych widoków, zapachów, smaków i kultury. Tak bardzo tego pragnęłam… Jednak za dziecka nie miałam zbyt dużej możliwości podróżowania, stąd narodził się pomysł, że jak tylko dorosnę, będę zwiedzać! Zaczęłam od podróży krótkodystansowych PolskimBusem. Były to tanie połączenia między Polskimi miastami i tak zobaczyłam: Trójmiasto, Warszawę, Wrocław, Katowice i Rzeszów. Organizowałam krótkie, 2-3 dniowe wycieczki, najczęściej w towarzystwie przyjaciółki.

Po jakimś czasie poznałam człowieka, który opowiedział mi o możliwości taniego podróżowania po Europie. Dowiedziałam się o sposobach wyszukiwania tanich linii lotniczych, czy korzystania z Couchsurfingu. I tak, w 2016 wsiadłam pierwszy raz do samolotu, gdzie doleciałam do magicznej Wenecji! Nie zapomnę tego miejsca i chwili, w której czułam ogromne podekscytowanie znajdowania się między chmurami. Cieszyłam się jak dziecko 😊 Dolatując do Venice, od razu poczułam urok tego miejsca. Miasto na wodzie robi niesamowite wrażenie… stare i urokliwe kamienice, gondolierzy płynący z muzykiem śpiewającym lub grającym przepiękne włoskie melodie, odmienne restauracje i wąskie uliczki. To wszystko tworzyło niezwykły klimat, który dokładnie pamiętam do dziś.

Odwiedziłam cudowne miasteczko Burano😍, które wyglądało jak z bajki. Składało się z szeregowych domów, gdzie każdy z nich pomalowany był w innym kolorze. Między kamienicami płynęła woda, która odbijała światła miasta, gdzieniegdzie znajdowały się różnorodne łódki, a na jednej z nich dostrzegłam wylegującego się w słońcu kota. Domy w tym miejscu miały w sobie poezję… jedne otoczone niespotykanymi kwiatami, przy drugich drzwi były zasłonięte zwiewnymi kotarami, czasem można było spotkać w skrzynkach szare gazety, czy na parapetach ciekawe doniczki. Te wszystkie szczegóły zawierały w sobie historię. To mnie urzekło! I tak pokochałam podróżowanie. Oprócz Wenecji, do tej pory byłam na Węgrzech, w Wiedniu, Pradze, Bergamo, Barcelonie, Sztokholmie, Holandii, Dusseldorfie i na Malcie. Lubię też wracać nad Polskie morze… mam w tym miejscu swoje historie. Za każdym razem, jak tam jestem, buduję nowe 😊 W przyszłym tygodniu lecę na tydzień do Gdańska, aby naładować akumulatory, pooddychać jodem i zobaczyć tym razem jesienne morze. A gdzie poniesie mnie dalej… kto to wie? 🤔